niezwykły pasażer

Niezwykły pasażer

Ten artykuł znajduje się w kategorii:

Jestem na facebooku:

skomentuj:

udostępnij:

Share on facebook
Share on twitter

Nic nie zapowiadało, że zapamiętam tę podróż do Gdyni bardziej niż inne, ale przede wszystkim pasażera z którym miałem okazję ją spędzić, gdyby nie ona, pewnie nigdy bym nie poznał tej historii. Opowieść którą usłyszałem mrozi krew w żyłach i to dosłownie.

Niedługo przed wyjazdem zabrzęczało powiadomienie, rzut oka na telefon, pojawiło się imię..

Kilkanaście lat wcześniej, zdarzył się wypadek, przez który w przestworzach na wysokości 10km, przy -50C nad ziemią unosi się jedyny człowiek, który tu się znalazł bez specjalnego sprzętu i przygotowania, w letnim kombinezonie, z dawką tlenu której jest mniej niż na Mount Evereście, powoli zamarzając..

Zima

Tamtego dnia słońce zachodziło w okolicach 14:30, była zimna noc, temperatura wahała w okolicach od -1 do 4 stopni. Na dworze hulał wiatr, a za oknem nie było nikogo widać. Świąteczny nastrój końcówki grudnia dawał o sobie znać. Niemal wszyscy spędzają czas z rodziną, odkładając spacery na później.
W końcu zbliżała się Wigilia.

Gwieździste, czarne niebo przypominało że pora na kolację. Spojrzałem przez szybę, myśląc sobie że dobrze jednak być w środku – ciepłym ogrzanym domu, jednocześnie pamiętając, że niedługo będę musiał wracać niemal 500km do Gdyni.
Zapowiadała się samotna przejażdżka, w takim świątecznym czasie mało jest osób które mają ochotę na jazdę. Na popularnej stronie z przejazdami ustawiłem czas i datę powrotu, długo bez odzewu, może jednak ktoś się zgłosi?
Lubię towarzystwo w podróży, chociaż zdarzały się też powroty kiedy przez te kilka godzin słuchałem muzyki, ponieważ nikt się nie odezwał, jak mówiłem – uroki świątecznych okresów.

Czasami cisza, gdy nie ma drugiego pasażera pozwala się bardziej skupić i potrafi ukazać nowe znaczenia niektórych utworów, też nie mam nic przeciwko samotnym przejażdżkom. Preferuję jednak wspólne przejazdy i towarzystwo. Szczególnie teraz, gdy słońce zachodzi tak wcześnie i jedzie się bez przerwy, zdarzają się chwile gdy powieki robią się tak ciężkie, że trzeba stanąć, a i łatwo przeoczyć ten moment.

To może być ten moment kiedy jest się blisko celu, do domu jeszcze godzina, może nawet nie niecała, oczy się co chwilę zamykają i otwierają. Wtedy towarzyszy myśl z tyłu głowy, że może jednak się zatrzymać, a potem druga – no przecież już tylko kilkadziesiąt minut. Otworzę okno to nie zasnę – po chwili – za zimno. Zamykam okno i znowu oczy się zamykają. W takich sytuacjach zaczyna się widzieć różne rzeczy na drodze, z doświadczenia wiem że lepiej się wtedy zatrzymać i zdrzemnąć będąc 20min od celu niż jechać dalej w takim stanie.
Wróćmy jednak do grudniowego oczekiwania na niezwykłego gościa podróży…

Pierwszy pasażer

pasażer

Czekanie na pierwszego pasażera nie trwało długo, z tego co pamiętam w ten sam dzień lub następny od opublikowania przejazdu zgłosiła się osoba chętna na przejazd. Najpierw kobieta, później mężczyzna. Wymiana smsów, ustalanie punktu spotkania. 4 godziny później Pan się wypisał. Na następny dzień Pani również zrezygnowała – no cóż często się to zdarza. A to nie pasuje godzina, lub udało się znaleźć lepsze połączenie, a to pobyt się przedłużył, no trudno – pomyślałem, że będę wracał sam.

Zabrzęczało powiadomienie – “o może jednak ktoś dołączy”? Rzut oka na telefon, pojawiło się imię: Ewa. Nic nie zapowiadało, że zapamiętam tego niezwykłego pasażera bardziej niż innych. 

Bywa też tak, zgłaszają się też kolejne osoby, miałem przewidziane jeszcze 2 miejsca w samochodzie. Następnego dnia nikt się nie zgłosił, ktoś tam znowu zarezerwował przejazd ale się wycofał.

Do wyjazdu jeszcze kilka dni, więc może ktoś jeszcze się dopisze, zawsze to raźniej, ale tak się nie działo.

I całe szczęście, ponieważ miałem więcej czasu aby posłuchać tej nieprawdopodobnej historii.

Nieuchronnie zbliżał się dzień wyjazdu, w przeddzień wymieniliśmy jeszcze kilka wiadomości ustalając szczegóły wyjazdu, godzinę, miejsce spotkania.

Dzień wyjazdu do Gdyni

droga do gdyni

Podjeżdżam pod umówione miejsce, nie pamiętam dokładnie czy długo szukałem, ale chyba wysiadłem z auta żeby pomóc z bagażami. Zwykle tak robię więc tym razem pewnie też tak było.

Raczej nie mogło być inaczej, bo nie wyobrażam sobie siedzieć w aucie, gdy kobieta szuka wyczekiwanego samochodu, który ją zawiezie na północ, a gdy już znajdzie i podejdzie pukając w szybę z pytaniem na ustach:
-“przepraszam to z Panem jest przejazd?”
-“taa, wsiadaj”.
Chociaż przez chwilę rozbawiła mnie ta myśl, to jednak nie w moim stylu.

Nawet nie pamiętam czy był jakiś bagaż, wiem że długo się nie szukaliśmy, Ewa podeszła do auta i szybko wsiadła. Uśmiechnięta kobieta, rozgościła się na fotelu obok. W końcu na dworze nie było najprzyjemniej, gdy hulał wiatr i temperatura wskazywała 0 stopni. Też bym jak najszybciej chciał się znaleźć na jej miejscu w ciepłym samochodzie 🙂

Warunki drogowe bardzo niebezpieczne, wystarczy trochę deszczu w ciągu dnia przy temperaturze 1 stopnia i w nocy przy -1 jezdnia zamienia się w ślizgawkę. Nawet nie musi być to deszcz. Wilgoć i mróz który nie zdąży odparować, ponownie zamienia się pod wieczór w lód, gdy pojawia się kolejny raz minusowa temperatura.
Jak to mówią “ostrożnie, byle do celu”.

Każdy człowiek niesie ze sobą inną historię, dźwiganą bagażem doświadczeń, które przeżył, miejsc które odwiedził, ludzi których poznał i wielu innych czynników składających się na unikalną opowieść. W tym przypadku kumulacja tych wszystkich składników była tak gęsta i skoncentrowana jak popularnego płyn do naczyń, który jedną kroplą czyści sto talerzy.

Cieplej

ciepło

Przy takiej temperaturze na zewnątrz zwykle ustawiam w samochodzie 21-22 stopnie, jak zauważyłem jest ona optymalna zarówno dla mnie jak i większości pasażerów. W zależności od szybkości jazdy mimo że jest te 21 stopni w środku, to raz potrafi być cieplej, a innym razem w normie. Było na tyle komfortowo, że zdjąłem kurtkę i rzuciłem na tylne siedzenie. Pasażerka wciąż miała na sobie zimowe odzienie.

Po zamienieniu kilku powitalnych słów ruszyliśmy w drogę. Wyjechaliśmy około południa, więc przyjazd był planowany na wieczór. Grzecznościowo zapytałem, czy podkręcić ogrzewanie, chociaż wiedziałem, że odpowie “nie”, bo było już dość ciepło. Zdziwiłem się jednak gdy usłyszałem inną odpowiedź: “no, poproszę trochę”.
Naprawdę się zdziwiłem.
Ja też lubię jak jest cieplej, ale widać Ewa lubiła ciepło jeszcze bardziej.
Podkręciłem jeszcze trochę, myślałem że zaraz będzie chciała zmniejszyć temperaturę, ale nie, dla niej było ok, cieplej… To jedna z rzeczy, którą zapamiętałem najbardziej podczas naszej podróży.

Początek podróży jak to zwykle bywa, owocuje w uzupełnienie podstawowych informacji o sobie, wzajemne poznanie i wyczucie czy będzie nam się dobrze rozmawiało, czy może zdrzemnąć się na fotelu pasażera słuchając muzyki, a ja prowadząc w ciszy auto. Krótka pogawędka pokazała że tak nie będzie. Moja pasażerka lubiła podróże i to nie tylko samochodem, ale po całym świecie, a to zawsze jest ciekawym tematem do rozmów, szczególnie gdy zwiedziło się kilkadziesiąt krajów.

Pytania typu, co robisz, gdzie jedziesz, czym się zajmujesz, dostarczają kilkugodzinnych odpowiedzi, które schodzą na bardziej lub mniej życiowe tematy. No więc dowiedziałem się, że Ewa lubi zdrową kuchnię, naturalną żywność, latać, jeździć po świecie.
O! Latać. To ciekawe, pomyślałem.
– “Jak to latać, na czym, gdzie?”
– Na paralotni. – odpowiedziała

Paralotnie

paralotnia

Moje wyobrażenie tamtego razu o paralotniach było takie: widziałem kiedyś kilku gości, którzy latają na wielkich spadochronach, a więc to te paralotnie…
Startują z nadmorskich górek na Orłowie w Gdyni. Widzę jednego z nich podczas spaceru, stoję, obserwuję, może za tym 4 razem mu się uda. Nie, znowu coś poszło nie tak, nie mam pojęcia jak to działa, czemu znowu ten facet na paralotni przerwał próbę wzbicia się w powietrze? Ok, wystarczy patrzenia, idziemy.

Minuta później – ten sam człowiek unosi się wysoko nad drzewami – cholera, znowu przegapiłem!
Niektórzy latają na paralotni z silnikiem, coś takiego nazywa się motolotnią. Tak myślałem….Jednak nie tak to się nazywa.. To po prostu paralotnia z silnikiem, takim okrągłym.

Jak mało wtedy wiedziałem o tym sporcie..
Motolotnia ma kółka i bardziej rozbudowaną konstrukcję.

motolotnia
motolotnia
paralotnia z silnikiem
paralotnia z silnikiem

Ale wracając do podróży..

Wiele słyszę o hobby podróżnych, jedni się wspinają po prawdziwych skałach w różnych miejscach świata, inni surfują na desce i łapią fale, jeszcze inni nieszczególnie uprawiają sporty, chcą się po prostu dostać do domu, do pracy, do chłopaka/dziewczyny, na imprezę, na weekend, różne są historie pasażerów.

Odnośnie latania, trochę z innej beczki. Wśród klientów, których obsługuje nasza firma jest na przykład emerytowany pilot odrzutowców wojskowych, oraz inny – helikopterów, ciekawe są opowieści o lataniu z ich perspektywy, można długo ich słuchać. Równie interesujące są informacje jak dbać o kondycję. Dość powiedzieć że jeden z nich, mimo ponad 70 lat, wciąż podnosi ciężary, trenuje boks, regularnie gra w tenisa i biega, kondycja i siła do pozazdroszczenia.

Mamy i takiego klienta, który lata właśnie na takiej paralotni z silnikiem, oprócz opowieści z wysoka i widoków jakie dostarcza takie latanie, są takie aspekty jak brzęczenie w uszach z którym można sobie różnie radzić, odpowiednie rękawice, które się nie ślizgają.

Zaciekawiony tematem pytam Ewę jak to wygląda. To musi być przecież wyjątkowe uczucie wznosić się wysoko, gdzie się tylko chce.
Jak się wznosić? Jak to działa? Kolejne gradobicie pytań z mojej strony… byłem ciekaw, jak to się dzieje, że po prostu się wznosi?
Usłyszałem, że to dzięki termice, trzeba ją złapać, tak jak to robią ptaki.
No tak, jest coś takiego, prądy ciepłego powietrza unoszą je daleko, wysoko, tak że nie muszą się nawet mocno napracować skrzydłami podczas lotu.
Właśnie coś takiego pomaga wznosić się paralotniarzom, nie będę więcej pisał o tym jakbym się znał, po prostu zapisuję co usłyszałem, resztę można sobie oczywiście wygoglać.

Dopytywałem dalej: „gdzie latasz? Jak długo?”
Usłyszałem że dość długo, nie pamiętam konkretnie ile, ale dodała jeszcze że brała udział w wielu zawodach. Nic więcej.
No więc dopytuje się dalej, „gdzie?”, „jakie zawody?”, „jakie sukcesy?”
Wszystko mnie ciekawiło, a ona po prostu mam wrażenie nie chciała się przechwalać.

Dotarliśmy do momentu, gdy wspomniała o zawodach w Australii, gdzie zdarzył się pewien wypadek, o którym później usłyszał świat, bo uniosła się na nieplanowanie dużą wysokość, właściwie została wessana przez prąd powietrza, ale udało jej się wylądować cało…

No i w tym momencie, gdy robiło się najciekawiej nic więcej nie mogłem od niej wyciągnąć.
Wciąż się dopytywałem, „jak wysoko?”, „jak to się stało?”, ale usłyszałem żebym sobie poczytał albo obejrzał.
O! napisali o tym artykuł? Pomyślałem.

Wypadek w przestworzach

Widzicie ulewę, ciemne chmury, przez które nie może się przedrzeć promyk światła, nic oprócz przecinających ją co chwilę błyskawic.
Wyobraźcie sobie największą chmurę burzową w życiu..

Co ja bym zrobił? Uciekł jak najszybciej się da pod jakiś dach.

Ewa nie zdążyła uciec…

Właśnie trwa największa burza, jaką widzieli – tak później opisywali chmurę burzową pozostali paralotniarze. W tym czasie Ewa zostaje dosłownie wessana do góry, jakby została złapana za paralotnię i wciągnięta, by kilka chwil później znaleźć się na niebotycznej wysokości 10km. Paralotniarz z którym została porwana w chmury, został trafiony piorunem podczas lotu i nie przeżył.

10km, 10000m.. na wysokości, której latają samoloty (dobrze że żaden nie leciał!), a temperatura utrzymuje się w okolicach -50*C, ubrana była w to co zwykle się ubiera podczas latania paralotnią przy 20-30 stopniach o ciepłej porze, bo taka temperatura panowała wtedy w Australii. Nie jest więc to zimowy skafander, a po prostu letni kombinezon do lotów.

Przemoczona od deszczu, zostając nagle porwana wysoko ponad chmury, teraz powoli zamarza przy minus 50*C na wysokości 10km nad ziemią. Powoli zamarza? Przy -50C można zapewne zamarznąć w kilka minut!
Jeszcze szybciej się zamarza, gdy wszystko co przed chwilą było mokre, zamienia się w lód, paralotnia zamieniała się w bryłę lodu, a może pęd powietrza który ją unosił osłabł. Właśnie zaczęła spadać…

14.02.2007r. Ewa brała udział w kolejnych zawodach, do tej pory zdobywała miejsce na podium ponad 20 razy, zwykle kończąc na pierwszych miejscach, już startując po raz pierwszy zdobyła 2 pozycję. Można więc powiedzieć że była jedną z najbardziej doświadczonych i utytułowanych zawodników.

Była piękna pogoda, nic nie zapowiadało burzy, na niebie świeciło słońce, uczestnicy trenowali i rozgrzewali się.

Raptem zebrały się chmury, wszystko działo się tak szybko i nagle, że nie można było w ogóle przewidzieć nadchodzącej burzy. Najpierw kilka małych chmur, zmieniały się z sekundy na sekundę w coraz większe, silny wiatr pokazał natychmiast kto rządzi w przyrodzie.

W tym momencie pomyślałem sobie i wy pewnie też, ok, pęd powietrza może unieść paralotnie i to dość gwałtownie, ale muszą być sposoby żeby utracić wysokość?

Są i Ewa tego próbowała, jest manewr który nazywa się spiralą, polega na tym że wprowadza się paralotnię w spiralę i tym samym wytraca się wysokość w zależności od prędkości z jaką chce się poruszać w dół, można robić coraz szybsze obroty.

Z tym że takie spiralne obroty też mają swoją granicę, zaczyna coraz bardziej działać siła odśrodkowa jak u pilotów. Jeśli obroty staną się zbyt szybkie, można stracić przytomność, a wtedy jest się zdanym na łaskę losu.

Co jeśli przy maksymalnych obrotach wciąż unosi się do góry? Tego doświadczyła Ewa.
Można zwinąć w locie paralotnię, złożyć tak żeby się spadało? Pewnie można, tylko co potem?

Utrata przytomności podczas spirali przyczyniła się do śmierci pilota paralotni z napędem które zostało opisane tutaj:
Zdarzenie-lotnicze-nr-984-09-34405624

Raport końcowy.

Kolega z Chin, z którym Ewa została porwana przez burzę, był również doświadczonym pilotem, niestety nie przeżył trafienia piorunem. 

Ewa w tym czasie wznosiła się wyżej i wyżej, wystrzelona jak z procy, przedzierając się przez chmury deszczu, obok błyskawic i gradu wielkości pomarańczy, zdana tylko na łaskę losu.
Podczas tak gwałtownego wznoszenia, w pewnym momencie straciła przytomność, wciąż się wznosząc.

Temperatury na wyższych wysokościach robiły się coraz niższe, deszcz zamienił się w grad.

Ewa zamarzała, gdyż lód znacznie szybciej tworzy się na mokrej powierzchni, zabierając ciepło ciała.

Gdy dochodzi do takiego stanu, organizm zużywa wtedy mniej tlenu, podtrzymując najważniejsze dla życia organy. O takim wypadku można przeczytać na przykład tutaj:
zyje-choc-lezal-pod-lodem-prawie-pol-godziny

10000m nad ziemią

Niestety nie było dane zobaczyć Ewie co się kryje na wysokości 10km, ale dzięki splotom szczęśliwych okoliczności, uniknęła rażenia piorunem, zamarznięcia, przeżyła tam gdzie nikomu jeszcze nie udało się ujść z życiem.

Paralotnia zamieniała się w bryłę lodu, a może pęd powietrza który ją unosił osłabł. Właśnie zaczęła spadać…

Odzyskała przytomność po około 45 minutach na wysokości 7 km nad ziemią. Połowa sukcesu za nią – udało się przeżyć najgorsze, ale wciąż znajdowała się bardzo wysoko i dalej spadała. Wokół burza, grad, deszcz. Nie była w stanie kontrolować lotu, ręce były zamarznięte, nie dało się nic zrobić.
Wciąż trwa szybki lot w dół i znowu utrata przytomności…
Tym razem na chwilę, po chwili była w stanie choć w niewielkim stopniu kontrolować paralotnię i starać się wylądować, po wypatrzeniu odpowiedniego miejsca do lądowania, udało jej się wreszcie dotrzeć na ziemię.

Gdy już była na ziemi, zadzwonił telefon – to jej koledzy próbowali dodzwonić się, znaleźć Ewe i dowiedzieć się co się stało. Gdy sięgała po telefon żeby odebrać, ten nagle się rozłączył. Próbowała odczytać współrzędne z zamarzniętego urządzenia i wtedy ponownie zadzwonił telefon. Tym razem udało się odebrać, ustalić i podać położenie.

Po takich przeżyciach, można by się spodziewać, że Ewa nie prędko wróci do siebie i do latania. Nic bardziej mylnego, ponieważ udało jej się wylądować bez większych obrażeń, z lekkimi odmrożeniami, wróciła do latania już w następnym tygodniu.

Ciężko to sobie wyobrazić – właśnie spada się z największej wysokości na jakiej znalazł się człowiek bez żadnego przygotowania, by chwilę później wstać i dalej robić swoje.

Ewa Wiśnierska

Dziś się już nie dziwię, że nie chciała nic więcej mówić, w końcu ile razy można opowiadać o tym samym. Gdy zajrzałem do internetu po powrocie nie wiedziałem od czego zacząć. Wywiady, artykuły, filmy. Chociaż moim zdaniem najlepiej tą sytuację obrazuje trwający godzinę dokument na youtubie.

Chętniej natomiast rozmawiała o teraźniejszości, zdrowym odżywianiu. Przedkładając obecnie własną przyjemność z latania nad rywalizację w zawodach. Naturalnych kremach, które pomogły jej w bólu ramion, ponieważ od takiego długotrwałego trzymania paralotni, ból ramion daje o sobie znać, tak że czasem ciężko nimi ruszyć. Opowiadała o naturalnych kremach firmy Ringana, którą również reprezentuje, polecam sprawdzić, choćby z ciekawości.

https://ewawisnierska.ringana.com/?lang=pl

Jeśli chcecie zobaczyć dokument na youtube o tym wydarzeniu i zobaczyć chociaż w niewielkim stopniu to co przeżyła Ewa to polska wersja jest tutaj https://www.youtube.com/watch?v=Z1WgI-0mVc8

Zachęcam też do przeczytania wywiadów, które licznie można znaleźć w internecie. Po przeczytaniu jednego z nich, Ewa przypomina mi szczególnie mocno historię i postać ukazaną w filmie: Into the wild, który również polecam.
Doprawdy niezwykła osoba!

Ostatnio też trafiłem na wywiad, który się pojawił niedawno z Ewą, postanowiłem że też podzielę się tą niezwykłą historią, zadzwoniłem więc i zapytałem o zgodę na publikację, gdy dzwonię przeważnie jest zajęta sprawami w ogródku, ale wciąż lata.

Po usłyszeniu i przeczytaniu tej historii, dopiero zorientowałem się jak wygląda paralotniarstwo, jakie widoki temu sprzyjają, liczne filmy pokazują jak wygląda latanie z pierwszej perspektywy. To może zachęcić nowych amatorów tego sportu do spróbowania swoich sił w przestworzach, a może są już tutaj miłośnicy paralotniarstwa?

Przypadek?

przypadek

Wierzę w sploty okoliczności, ludzie których spotykamy, drogi jakie obieramy czegoś nas uczą.

Dzięki tej podróży teraz i Wy możecie poznać tę historię, która pokazuje że wyścig z drugim człowiekiem to nie wszystko, że jest coś jeszcze, coś co pokazało Ewie że można inaczej czerpać przyjemność z latania.

Innym razem, dawno temu, w małej miejscowości na południu polski, której nazwy już nawet nie pamiętam, bo działo się to jakieś 15 lat temu, 700km od domu, po godzinie 21, gdzie żywej duszy nie ma ulicy..
Wchodzę w uliczkę która mi się spodobała, nie ma tam absolutnie nikogo, ktoś nadchodzi z boku… kolega z klasy… nie widziany od kilku lat, coooo?
Czemu miałem go spotkać, może miałem się zatrzymać żeby uniknąć spotkania z bardzo szybko jadącym autem na końcu uliczki? Może był inny powód? Może, mogłoby…

gaśnicowy

Mam na imię Maciej.
Opisuję tutaj bieżące wydarzenia, te związane z pracą i nie tylko.
Można tu znaleźć ciekawe miejsca w których bywam, historie klientów. Przybliżam nieco sekretów o pracy Pana gaśnicowego – jak często bywam nazywany.
Jestem także fanem zagadek, opowieści i książek.

Jeśli spodobała Ci się strona, będę wdzięczny jeśli polubisz na facebooku:

Każdy komentarz, pytanie jest dla mnie inspiracją do pisania nowych artykułów, oraz ich uzupełnienia, więc pisz śmiało! W komentarzu, mailem, na facebooku.

Najnowsze posty

Jeśli Ci się spodobało podziel się :)

Share on facebook
Facebook
Share on twitter
Twitter

Powiązane tematy

Chcesz zlecić przegląd gaśnic?
Najpierw przeczytaj koniecznie:

pole nie jest wymagane
pole nie jest wymagane
0 Komentarze
Inline Feedbacks
Zobacz wszystkie komentarze